VERY FUNNY MORNING

02:20 marcela cierkosz 0 Comments

Dzisiaj będzie o nastawieniu do życia. Naszło mnie, żeby napisać ten post, dlatego że rozpoczęłam dzień śmieszną konwersacją na facebook'u. Mój kolega wstawił linka z youtube z trailerem najnowszej części Gwiezdnych Wojen i momentalnie pojawiły się dwa komentarze (zaznaczę tylko, że godzina była 7:20, a dzisiaj mamy wtorek): pierwszy, że "to nie będzie dobre. I ta muzyka..." no i drugi "Kurde... po nowym Blade Runnerze... GW stały się błache... poprzeczka poszła za wysoko...". Na to ja najpierw się szczerze uśmiałam, po czym zrobiłam screen'a tych wypowiedzi i wrzuciłam go w komentarz poniżej, dodając od siebie "trochę optymizmu życzę przy tak pięknym wtorku <3". No i rozpętała się burza, albo raczej burzka, bo szybko odkryłam, że odpisywanie i kontynuacja dyskusji nie ma sensu. Członkowie konwersacji, a może bardziej dwaj panowie zaczęli pyskówkę, udowadniając, że czepiam się "niemożebnie" od rana, że chyba "faktycznie popsuli mi humor", i że "strach pomyśleć co się ze mną dzieje, kiedy humoru nie mam, jeśli tak się czepiam mając humor wyśmienity". Ale do czego dążę...
Dążę do analizy połączenia słowa pisanego i nastawienia do życia. W pełni rozumiem, że tekst pisany może być omylnie zrozumiany (no już szczególnie ten bez emotek, na Boga!), ale ja tu cała w skowronkach, szczęśliwa tańczę przed lustrem i jedną ręką wykonując słynny z dyskotek ruch "wkręcanie żarówek", a drugą miło odpisuje na komentarze. Nie mniej jednak chłopcy uznali, że na pewno siedzę przed komputerem z miną prawdziwej suki, która jeszcze nie dostarczyła porannej porcji kofeiny kroplówką prosto w żyłę, która nie lubi swojej pracy do której zaraz musi iść, a w ogóle żywi się ludzkim cierpieniem i nektarem z uprzykrzania życia innym.  Wnioskując po ich odpowiedziach przynajmniej tak się poczułam...
Rozśmieszyło mnie to jeszcze bardziej, bo dużo lepiej niż kto inny znam siebie samą i swoje zachowania. Jestem najbardziej irytującym typem "morning person", który tańczy i śpiewa po drodze do szkoły/pracy, żeby tam kompletnie wkurzyć swoim nieukrywanym entuzjazmem wszystkich wokół. Wiele razy szukałam nazwy choroby psychicznej będącej przeciwieństwem depresji, nigdy jednak nie znalazłam odpowiedzi czy coś takiego istnieje. Nic na to nie poradzę, że moja szklanka jest ZAWSZE do połowy pełna, a nie do połowy pusta, a "enjoy little things in life" nie jest tylko blogerską tapetą na ekranie mojego telefonu. Dzisiaj na przykład po drodze do szkoły, która ma mniej niż kilometr zatrzymałam się 4 razy, żeby zrobić zdjęcia pięknego porannego światła. Przyznaję, że znam tylko dwie osoby w moim życiu, które zachowują się w taki sposób i jedna z nich jest moją najlepszą przyjaciółką, a w drugiej skrycie się kocham.

No dobrze, świetnie, ale jak nastawienie do życia łączy się z odbiorem tekstu pisanego. A otóż łączy się bardzo ściśle. Osoba pozytywnie lub neutralnie nastawiona do życia, nigdy nie odebrała by mojego komentarza, za negatywny. Wiem o tym bardzo dobrze, bo sama często nie dostrzegam nic negatywnego w komentarzu, który stworzony był z myślą o niekonstruktywnym skrzywdzeniu drugiej osoby. Często też słyszę o nieporozumieniach, które wyniknęły z niezrozumienia drugiej strony, ze względu na (uwaga!) brak użycia emotikonek. Nie mam pojęcia dokąd to zmierza, ale dobrze się nie zapowiada.

Zdradzę też sekret, że to nie jest moja cecha, którą odziedziczyłam w genach po mamusi czy tatusiu, a wytrenowałam to tak, jak trenuje się mięśnie brzucha czy pośladków. Całe lata afirmacji, słuchanie Louise Hay i muzyki przyciągającej miłość i pokój (proszę nie oceniać, na mnie działa), zmuszanie się do bycia miłym i sztuczne uśmiechanie się do siebie przed lustrem, żeby polepszyć humor już od wczesnego ranka. Moja najlepsza przyjaciółka mówi zawsze "You attract, what you radiate" i wiem z autopsji, że to naprawdę tak działa. Jeśli kochasz ludzi wokół, jesteś dla nich miła, pomagasz i pocieszasz w potrzebie,  zarażasz ich pozytywną energią to to wraca. ZAWSZE!














0 komentarze: