NEW YEAR, NEW POST

06:14 marcela cierkosz 0 Comments

Nowy rok, nowy post.

2018 zaczął się bardzo intensywnie. Minęły dopiero 3,5 dnia (w chwili pisania posta jest godzina 12:00 dnia czwartego stycznia), a już tyle zdążyło się wydarzyć.


Jeszcze na koniec roku poprzedniego zastanawiałam się nad tym dobiegającym końca i tym, który czai się tuż za rogiem. Rok 2017 uważam za niesamowicie udany, a to głównie ze względu na ogromne zmiany, które zaszły w mojej głowie. Było to 365 dni wypełnione nieskończonym optymizmem, nieobiektywnym idealizowaniem świata, ogromną miłością do otaczającej rzeczywistości, mnóstwem zachwytów, niekontrolowanymi wybuchami śmiechu i bardzo sporadycznymi wręcz niemożliwymi do zapamiętania gorszymi chwilami. To rok głębokiej wiary w opatrzność wszechświata, życia w zgodnie z samym sobą, wyzbycia się toksycznych związków, relacji i uczuć, a także rok seksualnych i miłosnych uniesień, pierwszych kroków na drodze kariery i wielu innych niezapomnianych wrażeń.

Opisanie tego co zdarzyło się przez ostatnie cztery pory roku jest właściwie niemożliwe chyba, że stworzyłabym dziennik, w którym opisywałabym ze starannością i skrupulatnością dzień po dniu, godzinę po godzinie. Przekonuję samą siebie do stworzenia posta, który podsumował by to wszystko i bardziej szczegółowo opisał najważniejsze wydarzenia, ale potrzebuję na to jeszcze trochę czasu.

W tym poście opiszę natomiast ubiegłe 3 dni (i "ubiegłe" jest tu najlepiej dobranym słowem, jako, że ich tempo było zastraszające).

Sylwestra spędziłam z Katką, która przyleciała do mnie z Kopenhagi. Pierwotny plan był taki, żeby zostać w domu, ale koniec końców zdecydowałyśmy się wyjść do ludzi, a na horyzoncie ukazała się możliwość celebracji tej nocy w mojej ulubionej winiarni w Poznaniu. Impreza była bezpłatna i otwarta, a wizja niekończących zapasów wina była dodatkowym, bardzo silnym argumentem. Na miejsce udałyśmy się już o godzinie 21 i zostałyśmy do drugiej w nocy. Status alkoholowy wyniósł po butelce wina na głowę, a stan psychiczny oceniłyśmy jako "kompletna błogość umysłu". Do domu wróciłyśmy piechotą, śmiejąc się przez całą drogę do rozpuku, po przyjściu zażyłyśmy naturalne tabletki propolisowe (mama rady Katki na kaca), a wszystko zwieńczyłyśmy jeszcze jedną godziną rozmów, śmiechów i tańców.
Następnego dnia, jako że zarówno wszystkie instytucje kulturalne jak i punkty gastronomiczne były zamknięte, zabrałam Katkę na spacer po lesie. Przechadzka zamieniła się w maraton pieszy zakończony wycieczką krajoznawczą szlakami mojego dzieciństwa.
Oczywiście święcie przekonana w słuszność zabobonu "jaki pierwszy dzień, taki cały rok", późnym wieczorem wykonałam trening, a przez cały dzień nie tknęłam słodkiego.


Następnego dnia (tj. 2.01) udałyśmy się na wspólne śniadanie z moją siostrą. Dziewczyny poznały się wtedy po raz pierwszy, ale zdawało się jak by znały się od dawna, dzięki moim opowieściom o sobie nawzajem, których jedna i druga słucha na co dzień.
Wybrałyśmy się do jednej z poznańskich kawiarni, która serwuje przepyszne ciasta na wzór tych z Paryża. Zamówiłyśmy trzy do podziału, co skończyło się kompletnym cukrowym hajem, a to z kolei wywołało u mnie i u Katki wybuchy ogromnych pokładów śmiechów, które szokowały przechodniów, współpodróżników komunikacji miejskiej i każdej napotkanej przez nas osoby.
Później udałyśmy się do miasta, zwiedzić poznański Stary Rynek, zahaczając przy tym o fryzjera, u którego Katka podcięła włosy i sklep intimissini, którego nie mamy niestety w Danii, a który jest ulubionym butikiem bieliźniarskim mojego słowackiego gościa. Stety niestety miłość do jedwabiu okazała się silniejsza niż chęć oszczędzania, na czym ucierpiał stan mojego konta, a dzięki czemu wzrosło moje wewnętrzne poczucie estetyki.
Późnym popołudniem wróciłyśmy do domu, gdzie spotkałyśmy moją mamę i gdzie spędziłyśmy resztę wieczoru oddając się pełnym śmiechu konwersacją o tematyce egzystencjalnej, podczas seansu naszego ulubionego klasyka wszechczasów, a mianowicie serialu "Sex w Wielkim Mieście".

Dnia 3-go stycznia udałam się do pracy na godzinę 8, a wszytko dzięki mojej mamie, która pomogła mi i zdeklarowała się odwieźć Katkę na lotnisko. Prosto z pracy udałam się na dworzec, z którego o godzinie 17:44 odjechałam pociągiem do Warszawy. Czekając na jego przyjazd skusiłam się na filiżankę czarnej kawy w costa coffee, w której podczas zamawiania doszło do takiej konwersacji:

-Dzień dobry, poproszę czarną kawę.
- Czarną, tak?
- Tak :)
- Z mlekiem czy bez?

...przez mniej więcej 15 min zastanawiałam się czy to ze mną czy sprzedawczynią jest coś nie tak, ale nie doszłam do żadnego wniosku. Wypiłam kawę i poszłam łapać pociąg.

W Warszawie z dworca odebrała mnie Ola, u której spędziłam super wieczór pełen spekulacji dotyczących niesamowitej mocy wszechświata i jego opatrzności. Po nocy spędzonej na bardzo wygodnej połówce kanapy wybrałyśmy się na szybką kawkę i śniadanko do Charlotte, bo o godzinie 10 byłam już umówiona na spotkanie w sprawie pracy.

Pracę dostałam, jestem szczęśliwa! Teraz biegnę na pociąg powrotny do Poznania, na który bilet już kupiłam, a tam odbierze mnie tata, z którym musimy kupić walizkę na mój jutrzejszy wyjazd do Londynu.

O nadchodzących wojażach będę pisać z pociągu, ale wierzcie mi, jest to jeden z intensywniejszych tygodni mojego życia, a że jest to pierwsze 7 dni roku, mam nadzieję, że takie tępo utrzyma się przez kolejne 358.

Podsumowując w ciągu 3,5 dnia miałam super Sylwestra, naśmiałam się za wszystkie czasy, zrobiłam trening i przeszłam ponad 20 km, przejechałam pół Polski, żeby dostać pracę w Warszawie, a największe wydarzenia tego tygodnia dopiero przede mną.


...zasiadłam właśnie w pociągu, a że siedzę w pierwszym rzędzie wagonu bezprzedziałowego, moim widokiem jest ściana od kibla. Ale nie narzekam, bo i tak piszę posta, więc nie patrzę przed siebie.

A co do planu na następne kilka dni, to teraz jadę pociągiem z Warszawy do Poznania, odbiera mnie stamtąd tata, z którym biegniemy kupić walizkę podręczną, bo w mojej poszły kółka i nie zdążyłam ich wymienić na nowe. Później muszę odebrać buty od szewca, które zamierzam spakować ze sobą na wyprawę do Londynu dnia jutrzejszego.  Jadę bezpośrednio po pracy, dlatego wszystko muszę załatwić jeszcze dzisiaj.

Do Anglii lecę sama, ale spotkam tam masę znajomych, Fede, Anouk i Izabelkę, która to zaprosiła mnie na pokaz kolekcji marki dla której pracuje, a także wiele innych osób. Wracam wieczorem w niedzielę, a od poniedziałku zaczynam tydzień pracy na nowo. I tak przez całe życie.

Mam nadzieję, że 2018 będzie najlepszym dotychczasowym rokiem mojego życia i z niecierpliwością czekam na nadchodzące dni, a zważywszy na fakt, że wszechświat czuwa nade mną ostatnio bardziej niż zwykle, jestem zupełnie spokojna o nadchodzące jutro!

Kisski gdzieś z okolic Sochaczewa!



Selfie z trasy Poznań-Warszawa 
3.01

Słoneczne śniadanie z Olą w Charlotte
4.01

Śniadanie z Katką w Parle Patisserie
2.01

Przyjazd Katki do Poznania
31.12

Auto sąsiada i detale outfitu sylwestrowego
31.12

Outfit sylwestrowy
31.12


0 komentarze: