PIECE OF CAKE

Czy znacie to uczucie, kiedy trzeba zrobić coś ważnego, więc robicie wszystko inne, ale nie to.
No właśnie. W tym momencie powinnam siedzieć i pisać raport stażowy lub uczyć się do szkoły, więc zabrałam się za pisanie tego posta.
Mam dużo przemyśleń w związku z przeczytaniem wywiadu z jednym z moich znajomych. Osobą, którą bardzo lubię, bo choć on o tym nie wie, odnajduję w nim bardzo dużo z siebie. I nie chodzi tu absolutnie o wygląd, pewnie nawet nie o styl życia, ale o sposób postrzegania i myślenia o niektórych sprawach.

Artykuł/wywiad był trochę o nim samym, trochę o zmarłych rodzicach i ich wpływie na jego życie, o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Ze względu na ten ukryty wątek personalny, wyżej wspomniany tekst okazał się dla mnie być bardzo emocjonalny. Była tam taka część o Świętach Bożego Narodzenia, w których kolega napisał, że od czasu odejścia rodziców ich nie celebruje, bo to nie to samo i że zacznie to robić na nowo, kiedy będzie miał swoją rodzinę i dzieci. Mam dokładnie tak samo, mimo, że moi rodzice żyją i mam pewność, że jeszcze przez długi czas tu będą, jednak od czasu ich rozwodu nie jestem w stanie poczuć magii świąt. Na początku zastanawiałam się czy to przez śnieg, czy przez mój wiek nie potrafię wczuć się w świąteczną atmosferę żeby dopiero po kilku razach (Gwiazdka i Wielkanoc) odkryć, że to kwestia ich rozwodu. Kocham dziewczynę mojego taty i uwielbiam chłopaka mojej mamy i cieszę się, że są oni dodatkowymi osobami na święta, ale nie lubię faktu, że muszę się dzielić między rodzicami w ten znaczący dzień. Chciałabym ich mieć obojga ze sobą. I żeby nie mylić, nie chciałabym ich mieć jako pary szczęśliwego małżeństwa, bo absolutnie nie o to chodzi. Ale czas rodzinny chciałabym spędzać i z mamą i z tatą, a obecnie jest to niemożliwe. To trochę jak taki piesek, który z jednej strony chciałby być w domu z domownikami, a z drugiej jednak strony chciałby szczekać przez płot ogródka z wszystkimi innymi burkami-sąsiadami. Nie może się przez to zdecydować czy ma być w środku czy na zewnątrz i niezadowolony kręci się w kółko. Czekam na ten dzień kiedy będę miała swoje dzieci i zorganizuję Wigilię, a wtedy zaproszę ich obojga z partnerami. Będę miała wtedy wszystko czego pragnę w jednym miejscu, a obecność obowiązkową uzasadnię posiadaniem przez nich wnucząt. Do tego czasu postanowiłam wyjeżdżać co roku na Święta.

Jest też tam fragment o dzieciach i domu za miastem. Taki też jest mój plan na przyszłość, chciałabym przez kilka lat porobić karierę, zarobić sporo pieniędzy, żeby potem móć osiąść za miastem, gdzieś w domu z ogrodem z gromadką dzieci, psami, kotem i kurkami. Rąbać drewno do kominka, chodzić na spacery do lasu i pielić chwasty w ogródku. Czytać dużo książek, oglądać dużo filmów. Pojawia się też motyw 3 dzieci. Zawszę powtarzam, że moim marzeniem jest ich szóstka, ale trójka to minimum. Uważam, że bycie jedynakiem jest krzywdzące dla dziecka i jego przyszłego funkcjonowania w społeczeństwie, dwójka zazwyczaj się kłóci i nie dogaduje, a prawdziwa bliskość między rodzeństwem pojawia się dopiero przy trójce. Ciężko mi wytłumaczyć dlaczego tak jest i wiem, że istnieje sporo psychologicznych tekstów w internecie na ten temat. Wydaje mi się po prostu, że między dwoma osobami zawsze jest jakaś rywalizacja, przy trzech jest już dbałość o siebie nawzajem.

To mniej więcej tyle przemyśleń, bardziej prywatne zachowam dla siebie, bo co raz w internecie nigdy nie ginie. Jeszcze ktoś przypadkiem znajdzie mojego bloga i przeczyta moje wypociny.


Dzisiaj z rana popełniłam też mały kolaż dotyczący mich marzeń i myśli, które w Polsce zaprzątają mi głowę. Widzisz, jest coś takiego w moim rodzimym kraju, że powoduje, że bardziej niż kiedykolwiek chce mi się jeść ciastka. Czasem zdarza mi się grozić mojej siostrze, która czasem odbiera mnie z lotniska, że jak przyjedzie po mnie bez pączka, to do auta nie wsiądę. Słodycze, które nie robiły na mnie nigdy wrażenia jak tu mieszkałam, są dla mnie teraz jak narkotyki. Uzależniają i sprawiają, że jestem po nich na najwspanialszym na świecie cukrowym haju. Kolażyk załączam poniżej.






NEW YEAR, NEW POST

Nowy rok, nowy post.

2018 zaczął się bardzo intensywnie. Minęły dopiero 3,5 dnia (w chwili pisania posta jest godzina 12:00 dnia czwartego stycznia), a już tyle zdążyło się wydarzyć.


Jeszcze na koniec roku poprzedniego zastanawiałam się nad tym dobiegającym końca i tym, który czai się tuż za rogiem. Rok 2017 uważam za niesamowicie udany, a to głównie ze względu na ogromne zmiany, które zaszły w mojej głowie. Było to 365 dni wypełnione nieskończonym optymizmem, nieobiektywnym idealizowaniem świata, ogromną miłością do otaczającej rzeczywistości, mnóstwem zachwytów, niekontrolowanymi wybuchami śmiechu i bardzo sporadycznymi wręcz niemożliwymi do zapamiętania gorszymi chwilami. To rok głębokiej wiary w opatrzność wszechświata, życia w zgodnie z samym sobą, wyzbycia się toksycznych związków, relacji i uczuć, a także rok seksualnych i miłosnych uniesień, pierwszych kroków na drodze kariery i wielu innych niezapomnianych wrażeń.

Opisanie tego co zdarzyło się przez ostatnie cztery pory roku jest właściwie niemożliwe chyba, że stworzyłabym dziennik, w którym opisywałabym ze starannością i skrupulatnością dzień po dniu, godzinę po godzinie. Przekonuję samą siebie do stworzenia posta, który podsumował by to wszystko i bardziej szczegółowo opisał najważniejsze wydarzenia, ale potrzebuję na to jeszcze trochę czasu.

W tym poście opiszę natomiast ubiegłe 3 dni (i "ubiegłe" jest tu najlepiej dobranym słowem, jako, że ich tempo było zastraszające).

Sylwestra spędziłam z Katką, która przyleciała do mnie z Kopenhagi. Pierwotny plan był taki, żeby zostać w domu, ale koniec końców zdecydowałyśmy się wyjść do ludzi, a na horyzoncie ukazała się możliwość celebracji tej nocy w mojej ulubionej winiarni w Poznaniu. Impreza była bezpłatna i otwarta, a wizja niekończących zapasów wina była dodatkowym, bardzo silnym argumentem. Na miejsce udałyśmy się już o godzinie 21 i zostałyśmy do drugiej w nocy. Status alkoholowy wyniósł po butelce wina na głowę, a stan psychiczny oceniłyśmy jako "kompletna błogość umysłu". Do domu wróciłyśmy piechotą, śmiejąc się przez całą drogę do rozpuku, po przyjściu zażyłyśmy naturalne tabletki propolisowe (mama rady Katki na kaca), a wszystko zwieńczyłyśmy jeszcze jedną godziną rozmów, śmiechów i tańców.
Następnego dnia, jako że zarówno wszystkie instytucje kulturalne jak i punkty gastronomiczne były zamknięte, zabrałam Katkę na spacer po lesie. Przechadzka zamieniła się w maraton pieszy zakończony wycieczką krajoznawczą szlakami mojego dzieciństwa.
Oczywiście święcie przekonana w słuszność zabobonu "jaki pierwszy dzień, taki cały rok", późnym wieczorem wykonałam trening, a przez cały dzień nie tknęłam słodkiego.


Następnego dnia (tj. 2.01) udałyśmy się na wspólne śniadanie z moją siostrą. Dziewczyny poznały się wtedy po raz pierwszy, ale zdawało się jak by znały się od dawna, dzięki moim opowieściom o sobie nawzajem, których jedna i druga słucha na co dzień.
Wybrałyśmy się do jednej z poznańskich kawiarni, która serwuje przepyszne ciasta na wzór tych z Paryża. Zamówiłyśmy trzy do podziału, co skończyło się kompletnym cukrowym hajem, a to z kolei wywołało u mnie i u Katki wybuchy ogromnych pokładów śmiechów, które szokowały przechodniów, współpodróżników komunikacji miejskiej i każdej napotkanej przez nas osoby.
Później udałyśmy się do miasta, zwiedzić poznański Stary Rynek, zahaczając przy tym o fryzjera, u którego Katka podcięła włosy i sklep intimissini, którego nie mamy niestety w Danii, a który jest ulubionym butikiem bieliźniarskim mojego słowackiego gościa. Stety niestety miłość do jedwabiu okazała się silniejsza niż chęć oszczędzania, na czym ucierpiał stan mojego konta, a dzięki czemu wzrosło moje wewnętrzne poczucie estetyki.
Późnym popołudniem wróciłyśmy do domu, gdzie spotkałyśmy moją mamę i gdzie spędziłyśmy resztę wieczoru oddając się pełnym śmiechu konwersacją o tematyce egzystencjalnej, podczas seansu naszego ulubionego klasyka wszechczasów, a mianowicie serialu "Sex w Wielkim Mieście".

Dnia 3-go stycznia udałam się do pracy na godzinę 8, a wszytko dzięki mojej mamie, która pomogła mi i zdeklarowała się odwieźć Katkę na lotnisko. Prosto z pracy udałam się na dworzec, z którego o godzinie 17:44 odjechałam pociągiem do Warszawy. Czekając na jego przyjazd skusiłam się na filiżankę czarnej kawy w costa coffee, w której podczas zamawiania doszło do takiej konwersacji:

-Dzień dobry, poproszę czarną kawę.
- Czarną, tak?
- Tak :)
- Z mlekiem czy bez?

...przez mniej więcej 15 min zastanawiałam się czy to ze mną czy sprzedawczynią jest coś nie tak, ale nie doszłam do żadnego wniosku. Wypiłam kawę i poszłam łapać pociąg.

W Warszawie z dworca odebrała mnie Ola, u której spędziłam super wieczór pełen spekulacji dotyczących niesamowitej mocy wszechświata i jego opatrzności. Po nocy spędzonej na bardzo wygodnej połówce kanapy wybrałyśmy się na szybką kawkę i śniadanko do Charlotte, bo o godzinie 10 byłam już umówiona na spotkanie w sprawie pracy.

Pracę dostałam, jestem szczęśliwa! Teraz biegnę na pociąg powrotny do Poznania, na który bilet już kupiłam, a tam odbierze mnie tata, z którym musimy kupić walizkę na mój jutrzejszy wyjazd do Londynu.

O nadchodzących wojażach będę pisać z pociągu, ale wierzcie mi, jest to jeden z intensywniejszych tygodni mojego życia, a że jest to pierwsze 7 dni roku, mam nadzieję, że takie tępo utrzyma się przez kolejne 358.

Podsumowując w ciągu 3,5 dnia miałam super Sylwestra, naśmiałam się za wszystkie czasy, zrobiłam trening i przeszłam ponad 20 km, przejechałam pół Polski, żeby dostać pracę w Warszawie, a największe wydarzenia tego tygodnia dopiero przede mną.


...zasiadłam właśnie w pociągu, a że siedzę w pierwszym rzędzie wagonu bezprzedziałowego, moim widokiem jest ściana od kibla. Ale nie narzekam, bo i tak piszę posta, więc nie patrzę przed siebie.

A co do planu na następne kilka dni, to teraz jadę pociągiem z Warszawy do Poznania, odbiera mnie stamtąd tata, z którym biegniemy kupić walizkę podręczną, bo w mojej poszły kółka i nie zdążyłam ich wymienić na nowe. Później muszę odebrać buty od szewca, które zamierzam spakować ze sobą na wyprawę do Londynu dnia jutrzejszego.  Jadę bezpośrednio po pracy, dlatego wszystko muszę załatwić jeszcze dzisiaj.

Do Anglii lecę sama, ale spotkam tam masę znajomych, Fede, Anouk i Izabelkę, która to zaprosiła mnie na pokaz kolekcji marki dla której pracuje, a także wiele innych osób. Wracam wieczorem w niedzielę, a od poniedziałku zaczynam tydzień pracy na nowo. I tak przez całe życie.

Mam nadzieję, że 2018 będzie najlepszym dotychczasowym rokiem mojego życia i z niecierpliwością czekam na nadchodzące dni, a zważywszy na fakt, że wszechświat czuwa nade mną ostatnio bardziej niż zwykle, jestem zupełnie spokojna o nadchodzące jutro!

Kisski gdzieś z okolic Sochaczewa!



Selfie z trasy Poznań-Warszawa 
3.01

Słoneczne śniadanie z Olą w Charlotte
4.01

Śniadanie z Katką w Parle Patisserie
2.01

Przyjazd Katki do Poznania
31.12

Auto sąsiada i detale outfitu sylwestrowego
31.12

Outfit sylwestrowy
31.12



FACING

A dzisiaj wieczorem na insta wrzucam kolaż, który stworzyłam wczoraj w nocy. 
Nazwałam go: "Looked into my eyes and kissed my lips."

Jest to kolaż mojego ciała i jeśli szukasz w nim jakiegoś przekazu to dobrze. Nagie zdjęcie stworzone na podstawie kolażu oczywiście #SelfTaken. 



POLANDIA

Za 5 dni jadę na 3 miesiące do Polski. Wstawiam kilka zdjęć z ostatniej wizyty. Randomowych. Już nie mogę się doczekać.













Wszystkie z wyjątkiem zielonej serii są #SelfTaken.