POLISH NIGHT

Zdjęcia z piątkowej nocy spędzonej z tatą przed wzmacniaczami, końcówkami mocy, vintage kolumnami z papierową membraną (Orangutan96) i pięknymi (jeśli masz za grosz poczucia estetyki) kabelkami. Wrzucę tytuły utworów/albumów, które przesłuchaliśmy. 

LCD Soundsystem "American dream"- cały album
Tricky- "Same as It Ever Was"
Radiohead- "Creep"
Thom Yorke- "TheHollowEarth"
U2- "Tomorrow"
Joan As Police Woman- "Flash"
Nico- "These Days"
The Savage Rose- "Homeless"
Candy Bomber- "North"
Mighty Mo Rodgers- "The Blues Went to Africa"
Fink- "Save It For Somebody Else"
Fred Pallem- "Train fantôme"
Lalo Schifrin- "Baia"
Miriam Makeba (with Charles Colman)- "One more dance"
Creedence Clearwater Revival- "Susie Q."
Jun Miyake- "Petal"
Lou Reed- "Satellite of Love"
John Scofield- "I Know You"
Madeleine Peyroux- "Tango Till They're Sore"


Rozmowa z tatkiem:
Ja: Ej Tobie posty na Instagramie lajkuję tylko ja i Magda (dziewczyna taty)
Tata: To i tak dobrze, że ktoś...










FRIDAY THE 13TH

Piątek 13-tego to dzień pięknego słońca... Wszystkiego dobrego drodzy, zagubieni wędrowcy internetu, którzy z niewiadomych przyczyn się tutaj znaleźli.







NIPPLES AND NUDITY

Dzisiejszy post będzie o sutkach i pracy. No kidding.
Mogłabym godzinami prawić o cyckach, bo nie ukrywam, że w tym temacie jestem bardzo waleczna, ale postaram się ograniczyć do akceptowalnego minimum jeśli chodzi o ilość tekstu. Post będzie subiektywny. 
Dzisiaj rano zrobiłam sobie zdjęcie, które potem pomalowałam pisakami, które można użyć na stories z instagram'a (taki trochę Paint z 2017 roku), bo miałam (jak mi się wydawało) artystyczne flow i wizję. Prawie je opublikowałam, zanim coś mnie tknęło, żeby zapytać moich przyjaciółek co o tym sądzą. Jedna powiedziała, że piękne, artystyczne, ale może trochę "too much" jak na social media. Druga też przyznała, że może za dużo nagości jak na zdjęcie kompletnie publiczne i dodała argument, że jest to niebezpieczne, bo nigdy nie wiem w jakiej pracy będę się ubiegać o pozycję, a to może przekreślić moje szanse i wyeliminować mnie z listy potencjalnych pracowników (bo co raz w internecie, nigdy nie ginie).
Pierwsza odpowiedź lekko zbiła mnie z tropu i zaczęłam zastanawiać czy na pewno powinnam takie zdjęcie publikować, natomiast druga lekko mnie uderzyła, uraziła i oburzyła w tym samym czasie.
Z jednej strony ma rację, takie zdjęcie potencjalnie mogłoby mnie wyeliminować, ale z drugiej strony czy chciałabym pracować w miejscu, w którym ktoś odjął mi profesjonalizmu, bo gdzieś kiedyś przemknął mu mój sutek przed oczami. (Wspomnę, że to nie tylko problem nagości, ale także zdjęć z alkoholem.) Jestem bardzo naiwna, bo nadal nie widzę powiązania, jak wpływ życia prywatnego miałby obniżać poziom moich kompetencji. Patrzę na to również z perspektywy osoby zatrudniającej, jako, że sama chcę mieć kiedyś własną markę. Zastanawiam się czy wpłynęłoby to na moją decyzję. Zdecydowanie wolałabym zatrudnić kogoś zdrowo popierdolonego i świadomego swojego ciała, ale to bardziej kwestia dopasowania do mojego charakteru. Sama do normalnych nie należę. Przeraża mnie też fakt, że w pracy spędzamy ponad 40 godzin tygodniowo, gdyby odjąć od tego czas spania i czas na dojazdy, zostaje nam niewystarczający zapas czasu wolnego, żeby móc myśleć o każdym jednym ruchu ręką, bo ktoś nas może zobaczyć, usłyszeć czy sfotografować.
Nie mam siły pisać dalej. Zirytowałam się. Pa!




VERY FUNNY MORNING

Dzisiaj będzie o nastawieniu do życia. Naszło mnie, żeby napisać ten post, dlatego że rozpoczęłam dzień śmieszną konwersacją na facebook'u. Mój kolega wstawił linka z youtube z trailerem najnowszej części Gwiezdnych Wojen i momentalnie pojawiły się dwa komentarze (zaznaczę tylko, że godzina była 7:20, a dzisiaj mamy wtorek): pierwszy, że "to nie będzie dobre. I ta muzyka..." no i drugi "Kurde... po nowym Blade Runnerze... GW stały się błache... poprzeczka poszła za wysoko...". Na to ja najpierw się szczerze uśmiałam, po czym zrobiłam screen'a tych wypowiedzi i wrzuciłam go w komentarz poniżej, dodając od siebie "trochę optymizmu życzę przy tak pięknym wtorku <3". No i rozpętała się burza, albo raczej burzka, bo szybko odkryłam, że odpisywanie i kontynuacja dyskusji nie ma sensu. Członkowie konwersacji, a może bardziej dwaj panowie zaczęli pyskówkę, udowadniając, że czepiam się "niemożebnie" od rana, że chyba "faktycznie popsuli mi humor", i że "strach pomyśleć co się ze mną dzieje, kiedy humoru nie mam, jeśli tak się czepiam mając humor wyśmienity". Ale do czego dążę...
Dążę do analizy połączenia słowa pisanego i nastawienia do życia. W pełni rozumiem, że tekst pisany może być omylnie zrozumiany (no już szczególnie ten bez emotek, na Boga!), ale ja tu cała w skowronkach, szczęśliwa tańczę przed lustrem i jedną ręką wykonując słynny z dyskotek ruch "wkręcanie żarówek", a drugą miło odpisuje na komentarze. Nie mniej jednak chłopcy uznali, że na pewno siedzę przed komputerem z miną prawdziwej suki, która jeszcze nie dostarczyła porannej porcji kofeiny kroplówką prosto w żyłę, która nie lubi swojej pracy do której zaraz musi iść, a w ogóle żywi się ludzkim cierpieniem i nektarem z uprzykrzania życia innym.  Wnioskując po ich odpowiedziach przynajmniej tak się poczułam...
Rozśmieszyło mnie to jeszcze bardziej, bo dużo lepiej niż kto inny znam siebie samą i swoje zachowania. Jestem najbardziej irytującym typem "morning person", który tańczy i śpiewa po drodze do szkoły/pracy, żeby tam kompletnie wkurzyć swoim nieukrywanym entuzjazmem wszystkich wokół. Wiele razy szukałam nazwy choroby psychicznej będącej przeciwieństwem depresji, nigdy jednak nie znalazłam odpowiedzi czy coś takiego istnieje. Nic na to nie poradzę, że moja szklanka jest ZAWSZE do połowy pełna, a nie do połowy pusta, a "enjoy little things in life" nie jest tylko blogerską tapetą na ekranie mojego telefonu. Dzisiaj na przykład po drodze do szkoły, która ma mniej niż kilometr zatrzymałam się 4 razy, żeby zrobić zdjęcia pięknego porannego światła. Przyznaję, że znam tylko dwie osoby w moim życiu, które zachowują się w taki sposób i jedna z nich jest moją najlepszą przyjaciółką, a w drugiej skrycie się kocham.

No dobrze, świetnie, ale jak nastawienie do życia łączy się z odbiorem tekstu pisanego. A otóż łączy się bardzo ściśle. Osoba pozytywnie lub neutralnie nastawiona do życia, nigdy nie odebrała by mojego komentarza, za negatywny. Wiem o tym bardzo dobrze, bo sama często nie dostrzegam nic negatywnego w komentarzu, który stworzony był z myślą o niekonstruktywnym skrzywdzeniu drugiej osoby. Często też słyszę o nieporozumieniach, które wyniknęły z niezrozumienia drugiej strony, ze względu na (uwaga!) brak użycia emotikonek. Nie mam pojęcia dokąd to zmierza, ale dobrze się nie zapowiada.

Zdradzę też sekret, że to nie jest moja cecha, którą odziedziczyłam w genach po mamusi czy tatusiu, a wytrenowałam to tak, jak trenuje się mięśnie brzucha czy pośladków. Całe lata afirmacji, słuchanie Louise Hay i muzyki przyciągającej miłość i pokój (proszę nie oceniać, na mnie działa), zmuszanie się do bycia miłym i sztuczne uśmiechanie się do siebie przed lustrem, żeby polepszyć humor już od wczesnego ranka. Moja najlepsza przyjaciółka mówi zawsze "You attract, what you radiate" i wiem z autopsji, że to naprawdę tak działa. Jeśli kochasz ludzi wokół, jesteś dla nich miła, pomagasz i pocieszasz w potrzebie,  zarażasz ich pozytywną energią to to wraca. ZAWSZE!